w Inne
błogosławieństwo matki

Mój syn ma 21 lat gdy nagle traci tatę.

Szok.

Całe życie – dobre i pełne miłości, wspólnych wyjazdów, obecności, niezawodności, bezpieczeństwa – rozsypuje się w drobny mak.

Radzi sobie. Miesiąc, dwa, nawet na terapię idzie. Ale coraz wolniej, wolniej. Zaczyna mu brakować sił.

Sił na studia, sił na plany, na marzenia, na życie. Po drodze jakieś wypadki.

Zaczyna leżeć i spoglądać w sufit.

Owszem zaczepia się do pracy, zaczyna pracować dużo i intensywnie. Nie z pasji, nie z radości – tej już od dawna nie ma. Zaczyna dostrzegać ludzkie tragedie wokół, właściwie już tylko to.

Tamtego życia nie ma. Prysnęło jak bańka.

Powolutku, niezauważalnie przestaje żyć. Żyć jak kiedyś…

Znikąd oparcia, rodzina tez się pozamykała, odsunęła…

Terapię już dawno przerwał. Nie zalicza roku. Powtarza. Nie zalicza po raz drugi. Czasem nawet wychodzi z domu, dochodzi pod drzwi, na wykład… ale nie wchodzi. Wraca.

Ma nawet fajną dziewczynę, gdzieś jest w pobliżu. Nie widzi jej, nie angażuje się.

Ja, jako mama, widzę to. Bezradnie patrzę jak moje dziecko przestaje oddychać. Nie mam jednak pomysłu, ale tez siły , aby coś z tym zrobić.

Trochę łudzę się, ze samo przejdzie. Ledwo radzę sobie ze sobą, mam jeszcze młodsze dziecko. Jest trudno, jest ciemno. Jest nam duszno.

Ze wszystkich sił staram się nie utonąć.

Mija rok, potem drugi i kolejny. Trafiam przypadkiem na darmowy warsztat gimnastyki słowiańskiej. Nie wiem czemu, ale porywa mnie.

Szukam, gdzie mogę zrobić kurs instruktorski, trafiam na Anię, a potem, tak jakoś znów przypadkiem na jej tekst na temat błogosławieństwa matki.

Czytam i serce mi bije. Czuję, czuję to mocno.

Synu, mówię, czy mogę, czy mogę na Twoje urodziny zrobić Ci taki piękny rytuał?

„Tak mamo”.

Pytanie, czy on jeszcze w ogóle wierzy w cokolwiek.

Przychodzi dzień jego urodzin. 21 września. Kończy 24 lata.

Jesteśmy sami. Zapalam świecę, zapalam białą szałwię. Wcześniej wycinam piękne zielone serce, piszę w nim nowym srebrnym pisakiem treść błogosławieństwa.

Krzyś klęka przede mną, kładę mu rękę na głowie i czytam. Czasem zacinam się, bo łzy mi lecą po policzkach….

Tego dnia wieczorem coś wręcz wyrzuca mnie do lasu, mocno płaczę, chwytam się drzewa i proszę, błagam, aby mi pomogło…

Mija kilka dni. Mój syn załatwia spotkanie z terapeutą, pisze podanie na uniwersytet, opisuje swoją sytuację, chce skończyć ten przerwany licencjat bez konieczności ponoszenia opłat.

Wszystko spotyka się z akceptacją.

Po chwili decyduje się na wyjazd z dziewczyną za granicę.

Po powrocie załatwia leżące od bardzo dawna niedokończone sprawy spadkowe związane z tatą. Ma przypływ nowych pomysłów w związku z pracą.

Zaczyna zauważać, że się zaniedbał, idzie do dentysty, okulisty. Czyta książki, gotuje obiady, otwiera się na związek.

Skończę te studia mamo, nie opuszczę ani jednego dnia”.

To nie jest to samo dziecko. Nie poznaję go. Działa, widzę, że ruszyło.

Nie twierdzę, ze jest łatwo i z górki, ale jest ogromna zmiana.

Pojawia się uśmiech, sprawczość, chęć.

Mi znów lecą łzy. Tym razem wzruszenia.

Dziękuję Ci Aniu za to błogosławieństwo. Uratowało nas. Wiem to.

Tekst przysłała Małgosia

Gosiu, dziękuję Ci za to świadectwo. Nieustająco mnie wzrusza. Niech idzie w świat. Ania

Artykuł o błogosławieństwie matki możesz przeczytać TUTAJ

Na kurs pracy z rodem możesz zapisać się TUTAJ

Jeśli chcesz skopiować fragment tekstu lub udostępnić go w całości, dodaj proszę pod nim podlinkowany adres: www.slowianska.pl

Najnowsze artykuły